W Mongolii jest lepiej…
Małgorzata Dziewięcka

Drzewa rosły przy sobie tuląc się miłośnie, szumiąc o tym, jak dobrze być razem.
Dzikie jabłonie jakby w zapomnianym sadzie, stały bezpieczne otoczone jesionami, olchami, jodłami, cedrami. Te o wiele wyższe opowiadały im o tym, co widzą hen tam aż po horyzont.
Pewnego dnia na horyzoncie coś zamajaczyło.
Drzewa zamarły. Nastała cisza oczekiwania.
Wtem najwyższy cedr zaszumiał: To dzieci!
I szum powtórzyły wiązy, olchy, jesiony, jodły. Dzieci, dzieci.
Jabłonie zadrżały poruszone. Dzieci? Skąd one? Stąd tak daleko dokądkolwiek?
Słońce rozświetlało ukośnie wnętrze tajgi układając promienie na mchach, gdy dwóch małych chłopców weszło na leśną ścieżkę.
Usiedli zmęczeni. Po chwili ułożyli się na mchu i zasnęli.
Drzewa skłaniały się nad śpiącymi: Jakie zmęczone! Jakie same! Czy jadły?
Jabłoń strząsnęła jabłko, cedr zrzucił szyszki wysypując z nich ziarenka na mech wokół dzieci.
To mali Polacy, sieroty – zaszumiała jodła..
Odwiedzali mamę w szpitalu, a ona dawała im odkładane do kubeczka skórki chleba. Płakali, że umarła przez nich – z głodu.
Westchnęła tajga.
Mama mówiła im, by gdy umrze, chodzili na śmietnik, tam ludzie zawsze coś zostawią..
Znajdowali ugotowane jajko, kromkę chleba czasem gorące jeszcze dwa ziemniaki zawinięte w szmatkę.
Aż im ktoś powiedział, by poszli do Mongolii, bo w Mongolii jest lepiej.
Znowu zaszumiało w tajdze westchnieniem nad losem człowieczym.
Była wiosna. Śniegi już dawno zeszły.
Szli. Szli.
Już ponad dwa tygodnie szli.
Spali w wygrzebywanych na skarpach norach. Jedli świeże odrostki sosen, jajka.
Widziałam, jak wisząc głową w dół wybierali je ptakom z gniazd drążonych w urwiskach nadrzecznych.
Przepływali rzeki, rwące, szerokie. Nie bali się. Trzy lata nad Jenisejem nauczyło ich odwagi.
Szli a tajga ich ochraniała. Każde drzewo było ich aniołem stróżem.
Aż zjedli jakąś trawę.
Wtedy znowu ujrzałam ich. Skuleni na mchu spali nieprzytomnym snem.
Spali dzień, spali noc.
Drzewa skłaniały się opiekuńczo, poświata księżyca spowijała bezwładne ich ciała, a wilki, niedźwiedzie same miały dzieci….
Aż rankiem nadeszły te dwie kobiety. Żyły w swych leśnych chatach, zbierały pożywienie i zioła za dnia, a wieczorami modliły się, by Angiel Chranitiel powrócił im bliskich z wojny.
Znalazły innych bliskich.
Ratowały dzieci przez kilka dni, ziołami, sadłem i Bóg wie czym aż ocknęły się!
Zdumione! Skąd ta chata? To ciepło zapiecka pod nimi? Czy to Mongolia?
Babuszka, uśmiechając się powiedziała: Nie bojsia.
Minęło parę miesięcy, nastał wrzesień 1943, gdy do chutoru doszła wiadomość, że w Malej Minusi organizuje się dom dziecka dla polskich dzieci…

—-

Do Polski chłopcy powrócili w 1945.
Babuszka pozostała na zawsze – na wsiegda – w ich sercach a w Małej Minusi za Bajkałem stanął z czasem pomnik Matki Polki – Mamy…

Małgorzata Dziewięcka
Czerwiec 2020