Cztery Pory Roku (Kochałam kiedyś Ciebie…)
Alicja Kayzer

Kochałam kiedyś Wiosnę.
Padał deszcz. Szłam więc
wdeptując w najgłębsze kałuże.
Brałam kamień w rękę
i mąciłam wody toń.
Dziwiąc się, że drzewa
tam, w górze nieruchome.
A pod stopą drżą…
Bzu naręcze rwałam.
Twarz w kaczeńce,
konwalie nurzałam.
Biegłam z radości krzykiem…
że mogę ulecieć w chmury
– czułam. I być ptakiem…
Wtedy Ty przyszedłeś.
Włosów moich dotknąłeś.
Wilgotne były od bzu,
deszczu, zapachu majowego.
Mokre – cicho szepnąłeś.
Mokre – powiedziałam.
Ty – poszedłeś…
A ja – o wiośnie
zapomniałam.
Myśląc –
Czy pamiętasz,
że włosów moich
dotknąłeś?…
*
Kochałam kiedyś Lato.
Wiłam wianki z łubinu
i niezapominajek.


W niebo patrzyłam,
gwiazdy liczyłam.
Rozcierałam na dłoni kłosy.
Pławiłam się w maciejki,
macierzanki woni.
Chciałam ważką pofrunąć
lub stać się motylem…
Wtedy Ty przyszedłeś…
Uśmiechem powitałeś.
Uśmiechnęłam się także.
Rękę wyciągnęłam.
Ale mnie minąłeś.
Poszedłeś dalej. Do Niej…
Podobno było lato?…
Kwitły kwiaty? Słoneczniki?…
Podobno śmiech beztroski
rozsiewałam?… Może… może…
Że byłam bólu wykrzyknikiem.
I upokorzona jak liść drżałam.
Nie musieli wiedzieć…

*
Kochałam kiedyś Jesień.
Smutny plusk Grodarza.
Wzgórza Kazimierza.
Rdzę liści szemrzących
nade mną, pode mną.
Uśmiech jarzębiny,
kolorowych sadów.
Chciałam być babim latem,
co zagląda do ogrodów.
Wiatrem, który kłęby
szaro-bure rozgania
po niebie. Winogronem
patrzącym w oczy słońcu.
Chciałam z każdą chwilą
przeistaczać siebie
i trwać przez pół godziny
jako rzecz, roślina…
Ale moja tęsknota
przystanęła nad wodą…
Zaszumiała jak rzeczna
wiklina. Gdybyż był tu…
Mogłabym mu to pokazać..
Buki… dęby…
Dym nad ziemią…
Akacjowy listek do fali
przykleiłam. Przyjedź…
Bądź tu ze mną…
Dla Ciebie zieleń zwiędłą
w złoto zamieniłam
Lecz, gdy patrzę na nią
sama…Widzę,że szara,
brudna i zbutwiała.
Przyjedź…

*
Kochałam kiedyś Zimę.
Szron na gałęzie nanizany.
Śnieg do rzęs się lepiący.
I tak lśniący, tak skrzący,
że kryształki lodu
z policzków spadały.
Wtedy Ty przyszedłeś
Radośnie się śmiałeś…
Kulką śniegową w Ciebie
rzuciłam. Rękę mi podałeś.
Już… już… myślałam…
że nim dzień przeminie –
ogarnie mnie znów omam.
I zapomnę o zimie przekonana,
że kocham… Ale w nagłej
rozterce w oczy Twoje
spojrzałam. Igiełkami mrozu
ukłuły mnie w serce.
Tyle śniegu, szronu, chłodu
w tych źrenicach zobaczyłam,
że mogłyby ogień –
w sopel lodu zmienić…

I zastygła pokruszona lawa…

Kochałam kiedyś Ciebie…